Hej, hej, Kochani!
Dzisiaj chciałabym zaprosić Was na ostatnią recenzję
książki, którą przeczytałam w ramach Wakacyjnego wyczytywania – nareszcie,
chciałoby się powiedzieć! Pod samiutki koniec wakacji postanowiłam sięgnąć po kolejny
romans z nurtu Young adult, który wśród polskich czytelniczek zebrał niemal
same pozytywne opinie. Zachwycona przeczytanym wcześniej przegenialnym „Art
& soul” ochoczo zabrałam się za lekturę. Niestety, spotkało mnie sromotne
rozczarowanie, a „Bez słów” z pewnością mogę zaliczyć do jednych z większych
klap tego roku i kolejnych książek, których fenomenu absolutnie nie rozumiem.
Dlatego przepraszam wszystkie fanki Mii Sheridan, ale w tej recenzji będę
rzucać mięsem, więc może lepiej odpuścicie sobie jej czytanie.
Po traumatycznych doświadczeniach związanych ze śmiercią jej
ojca Bree postanawia przeprowadzić się do cichego miasteczka, by tam odnaleźć
spokój duszy. Wkrótce poznaje miejscowego wyrzutka, niemowę Archera. Dziewczyna
nie przejmuje się ani niepełnosprawnością, ani opinią chłopaka i postanawia
bliżej go poznać. Wkrótce między dwojgiem zranionych i cierpiących młodych
ludzi wybucha gorące uczucie, które być może pozwoli im zapomnieć o traumie
przeszłych zdarzeń.











