Hej, hej, Kochani!
Ostatnio głównie zachwycałam się książkami, dziś jednak
nadszedł czas na ogromną, wielką, miażdżącą krytykę. Jak wiecie, jestem typem
czytelnika, który gromadzi na swojej półce książki, ale ma problem, by znaleźć
czas na ich lekturę. Skutkiem tego książki leżą i się kurzą. Czasem jednak mam
ochotę sięgnąć po zaległości i tym sposobem, niestety, sięgnęłam po „Czarownicę”
Anny Klejzerowicz. Autorkę znałam z czytanego trzy lata temu „Listu z powstania”,
który bardzo mi się spodobał, byłam więc pełna nadziei na dobrą, może nie
wysokich lotów, ale odprężającą powieść obyczajową. NAWET NIE WIECIE, JAK
BARDZO SIĘ POMYLIŁAM!
Michał to odnoszący sukcesy biznesmen, człowiek z miasta.
Nieoczekiwanie postanawia on odmienić swoje życie i wzorem przyjaciół przenieść
się na wieś. Kupuje działkę, na której stawia nowy dom. Już pierwszego dnia
spędzonego w nowym miejscu na jego drodze staje tajemnicza, rudowłosa
nieznajoma, przypominająca znaną z baśni wiedźmę. Ona, jak i cicha oraz zaniedbana
dziewczynka przewracają życie Michała o sto osiemdziesiąt stopni.


