Hej, hej, kochani!
Na początku tej recenzji chciałabym zaznaczyć, że nie
przepadam za dystopiami. Owszem, czytam je, ale wszystkie oparte są na podobnych
schematach, więc nudzą mnie. Do
historii, które dzieją się w przyszłości, a które naprawdę mnie poruszyły mogę
zaliczyć „Igrzyska śmierci”, „Monument 14”, a ostatnio także „Czerwoną królową”.
Co w tej książce jest takiego niezwykłego? Dlaczego aż tak mi się podoba? O tym
mam nadzieję Wam opowiedzieć.
Akcja „Czerwonej królowej” dzieje się w królestwie Norty. Państwo
jest rządzone przez okrutnego króla, który toczy brutalną, wieloletnią wojnę z
sąsiadami. Społeczeństwo Norty, jak i całego ówczesnego świata jest podzielone,
a kryterium jest kolor krwi. Srebrni, bogaci arystokraci, posiadają nadludzkie
moce i zajmują wysokie pozycje w państwie. Czerwoni to zwykli ludzie,
traktowani jako siła robocza i mięso armatnie. Główną bohaterką książki jest
Mare – Czerwona dziewczyna, której przeznaczeniem jest walka i najprawdopodobniej
śmierć na froncie. Tuż przed swoimi
osiemnastymi urodzinami Mare trafia na dwór królewski, co ratuje ją przed
poborem. Jest to jednak dopiero początek zmian w życiu głównej bohaterki, która
wkrótce trafi w wir gier o władzę i politycznych intryg. Mare będzie musiała
nauczyć się, komu może ufać, a kto może zdradzić jej idee.