Hej, hej, Kochani!
Witam Was w tej pierwszej od dawna recenzji! Przez wakacje
przeczytałam naprawdę sporo, nabrałam dużo nowej energii i masę pomysłów, które
powoli zamierzam zacząć realizować. I przede wszystkim – opowiedzieć o tym, co
w ostatnim czasie mnie literacko zachwyciło.
Książka, o której dziś Wam opowiem, trafiła w moje ręce poprzez
impuls. Tematyka mitologii słowiańskiej jest coraz częstsza w naszej rodzimej
literaturze – niestety, niemal zawsze książki poruszające tę tematykę mnie
czymś rozczarowują. Tak było w przypadku „Szeptuchy”, która zraziła mnie do
siebie niezwykle niesympatyczną bohaterką oraz w przypadku "Żniwiarza”,
który moim zdaniem po macoszemu potraktował wątki mitologiczne. Szukając więc
pozycji idealnej trafiłam na „Okrutnika. Dziedzictwo krwi”, a moją chęć
poznania tej lektury tym więcej spotęgował fakt, że napisała ją młoda
dziewczyna pochodząca z rodzinnej miejscowości mojego taty. Porzuciłam więc
lekkie wątpliwości i ochoczo zabrałam się za lekturę!



















