Hej, hej, Kochani!
Ostatnio jakoś tak się zdarza, że czytam więcej nieoczywistych,
niepopularnych książek. Nareszcie udało mi się nieco zredukować liczbę
egzemplarzy recenzenckich, zajęłam się wyczytywaniem stosów z moich półek oraz
na nowo odkryłam biblioteki. Dzięki temu coraz rzadziej trafiam na klumpy, a na
mojej liście pojawiają się prawdziwe cudeńka, o których prawie nikt nie
słyszał. W ten sposób, bo prawie pięciu latach spędzonych na półce, w moje łapki
trafiły „Niewolnice” Dolen Perkins-Valdez. I och, cóż to była za wspaniała
lektura.
Stany Zjednoczone tuż przed wojną secesyjną. Do północnego
kurortu rokrocznie przyjeżdżają południowi plantatorzy wraz ze swoimi
czarnoskórymi niewolnicami. Kiedy ich panowie beztrosko wypoczywają, kobiety
pracują do utraty sił, by potem nocą zaspokajać seksualne potrzeby białych
mężczyzn. Dolen Perkins-Valdez przedstawia historie czterech z nich, zastanawiając
się, dlaczego nawet kiedy wolność jest na wyciągnięcie ręki, one po nią nie
sięgają. Ukazuje wszystkie trudy i bolączki życia niewolnic: głód, strach, znęcanie
się, lęk o przyszłość własnych dzieci, ciągłą konkurencję i, co chyba
najbardziej uderza, przemoc seksualną.






