Witajcie, Moi drodzy!
Po raz kolejny mierzę się z bardzo trudnym zadaniem,
opowiedzenia Wam kilku słów o powieści, która zrobiła na mnie przeogromne
wrażenie. Wiecie, ja już chyba jestem nudna, ostatnie posty to tylko recenzje
książek, które mogłabym wychwalać pod niebiosa, ale jakoś tak w tym roku
wpadają w moje zachłanne czytelnicze łapki jedynie książki naprawdę bardzo,
bardzo dobre. Na tle tych, o których pisałam ostatnimi czasy, jeszcze jaśniej
wybija się przecudowna pozycja Charlesa Dickensa, którą właśnie przed chwilą skończyłam
czytać – „Wielkie nadzieje”.
Pip, a właściwie Filip Pirrip, jest sierotą, wychowywanym
przez dużo starszą, niezwykle temperamentna siostrę oraz jej męża – prostego kowala
Joe’a. Życie chłopca biegnie pospolitym rytmem w oczekiwaniu na moment
rozpoczęcia terminu u swojego szwagra, aż do momentu, gdy jego losem zaczyna
interesować się bogata Miss Havisham. Pip, który przychodzi do niej bawić się,
poznaje jej przepiękną, wyniosłą i dumną wychowankę – Estellę. Silne uczucie do
niej stanie się tym, co będzie determinowało dalsze losy chłopca. Zacznie on
wstydzić się swojego pochodzenia i żywić wielkie nadzieje na to, że pewnego
dnia zostanie wielkim panem, godnym serca ukochanej dziewczyny. Jego aspiracje
zaczynają stawać się bliższe, gdy niespodziewanie pewien bogaty człowiek
postanawia wziąć go w swoją opiekę i powierzyć mu swój majątek…












