Hej, hej, Kochani!
Rok temu byłam naprawdę zarobiona – wzięłam na siebie za
dużo wszystkiego i nie miałam ochoty na nic. Dodatkowo cierpiałam na naprawdę
ogromnego książkowego kaca po zakończeniu „Przeminęło z wiatrem”. Lekarstwem na
to okazały się „Rywalki” Kiery Cass – książka pozornie zwykła, ale na swój
sposób genialna! (no, i te okładki <3 )
To, co pokochałam w „Rywalkach” to bajkowość. Która z nas
nie marzyła o tym, żeby zostać księżniczką? Ja tego bardzo, bardzo, bardzo,
bardzo chciałam. A „Rywalki” dały mi odrobinę tego luksusu, no i nowego
książkowego męża. W mgnieniu oka pochłonęłam trzy tomy i czekałam na kolejny.
„Następczyni” to książka idealnie nijaka. Nie wzbudziła we
mnie żadnych emocji. Nikomu specjalnie
nie kibicowałam, może dopiero pod koniec
książki ktoś podbił moje serce.
Ale po kolei… Akcja „Następczyni toczy się dwadzieścia lat
po zakończeniu „Jedynej”. Król
Maxonzniósł podziały społeczne, ale nie
uspokoiło to obywateli – powstają nowe
zarzewia buntu, ludzie pragną obalić monarchię. Aby załagodzić napiętą sytuację,
America i Maxon postanawiają urządzić eliminacje dla swojej córki, Eadlyn.
Dziewczyna nie chce jednak znaleźć męża, woli pozostać niezależną.
Dużo osób narzeka na charakter Eadlyn – mnie osobiście nie
przeszkadzał on tak bardzo. Księżniczka Illei jest zdecydowanie inna niż typowe
bohaterki Young adult – nie czeka na męża, nie jest idealna, ma dużo wad, ale
moim zdaniem dodaje jej to uroku. Eady to taka typowa dzisiejsza nastolatka,
która przede wszystkim dąży do niezależności.
Na przełomie książki zmienia się i dorośleje.
Byłam bardzo ciekawa męskich eliminacji,ale sposób ich
pokazania trochę mnie rozczarował. Eady nie poświęcała zbyt wiele uwagi
kandydatom, dlatego mogliśmy poznać tylko paru z nich. Myślę, że kreując ich
autorka postąpiła bardzo schematycznie – mamy przyjaciela z dzieciństwa, mamy
cichego i nieśmiałego chłopaka, a także pewnego siebie przystojniaka – aż
chciałoby się krzyknąć – ALE TO JUŻ BYŁO!
Jak wspomniałam, książkę czyta się niemal bez żadnych
emocji. Akcja, ot, po prostu, toczy się.
Nie utożsamiamy się z bohaterami, nie za bardzo rozumiemy zachowanie
księżniczki. Ale tym, co najbardziej mnie zirytowało, było całkowite zniszczenie
roli Maxona i Ameriki. W ich przypadku miłość i małżeństwo zmieniło ich na
gorsze, stali się smutni, osowiali i jacyś tacy… zmęczeni. Maxon przez całą
książkę jest zły lub podenerwowany, a Ami stała się zahukaną kurą domową.
Klimat książki też nie jest już tak słodko-księżniczkowaty.
Podsumowując, uważam, że „Następczyni” nie jest godną
kontynuacją historii Ameriki i Maxona. To dość nudne i przewidywalne dzieło,
ale warto je przeczytać, jeśli potrzebuje się odmóżdżenia.
Ocena: 5/10 (przeciętna)
Książka bierze udział w wyzwaniach:
(+2,5 cm)
(bez szczęśliwego zakończenia)
Ocena: 5/10 (przeciętna)
Książka bierze udział w wyzwaniach:
(+2,5 cm)
(bez szczęśliwego zakończenia)